Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie serce-edited.jpg

14. lutego, w tak zwane Walentynki, od lat obserwuję na różnych rodzimowierczych forach wysyp wpisów i memów dyskredytujących to popularne „święto” i często sugerujących, że prawdziwe słowiańskie święto miłości obchodzone jest w czerwcu, w Noc Kupały. Kto by w końcu chciał obchodzić święto miłości zimą, gdy możemy spędzić je w ciepłą czerwcową noc, jeszcze w plenerze przy ogniu. No kto? A tu chyba jednak nie tak do końca…

Zacznijmy jednak od tego, co widzimy w dzisiejszych obchodach dnia św. Walentego, co chyba każdy wie, świętego od epilepsji i chorób umysłowych. Widzimy wszędobylskie plastikowe serduszka, serduszkowe włochate poduszki na półkach w sklepach, ostatnio nawet rzuciło mi się w oczy jabłko (tak, jedno jabłko!) opakowane w estetyczny biały kartonik z czerwonymi serduszkami. Za 6 zł, czyli tyle ile kosztuje kilogram lepszych jabłek. Jabłko, swoją drogą, to bardzo adekwatny symbol miłości, ugruntowany w naszej mitologii, ale czy musimy go pakować w jakiś kartonik i przepłacać? Dodatkowo presja, że ten dzień trzeba spędzić wyjątkowo ze swoją drugą połówką, najlepiej w fancy restauracji, przy drogiej butelce wina. Nie dziwota, że to trochę odstrasza nas, którzy chcą widzieć świat nieco mniej komercyjnie (albo po prostu lubią być przeciw mainstreamowi).

Jednak dzień św. Walentego, podobnie jak w przypadku skomercjalizowanego Halloween, ma swoje początki w kulturze tradycyjnej, w nieco innej formie i nie tak odległej od tego, co w tym samym okresie działo się na ziemiach Polski i krajów ościennych.

Walentynki w dawnej Anglii

W XIV w. w dwóch dziełach literackich z Wysp Brytyjskich pojawiła się informacja o wierzeniu odnośnie ptaków, które od dnia 14. lutego zaczynają swoje zaloty. W późniejszym dziele, z XV w., po raz pierwszy pojawia się informacja o tym, że podobnie jak ptaki, ludzie w dniu św. Walentego wybierają sobie swoją sympatię. W okresie następnych stu lat pojawiły się w Wielkiej Brytanii kolejne źródła ukazujące już ugruntowany zwyczaj wysyłania drobnych upominków lub liścików swoim wybrankom. Co ważne, zwyczaj odnotowany był głównie w szeregach ludności wiejskiej i „zwykłych” mieszczan, a nie wśród arystokracji. W kolejnych stuleciach zwyczaj zwiększył swoje zasięgi i wszedł na salony angielskie, gdzie możni wysyłali swym wybrankom prezenty o znacznej wartości materialnej. Głównym zwyczajem zostało jednak wysyłanie liścików do swoich ukochanych, często wierszowanych i podpisanych „your Valentine”, do tych zarówno z którymi tworzyło się związek, jak i tych, do których dopiero czyniono zaloty. Wierzono też, że pierwsza osoba płci przeciwnej ujrzana 14. lutego stanowi przeznaczenie tej osoby. W ten sposób, sukcesywnie zwyczaj rozpowszechnił się wśród ogółu ludności i ugruntował, a wraz z kolejnymi falami imigrantów płynących statkami do Nowego Świata, dotarł do Stanów Zjednoczonych, skąd wrócił do Europy w skomercjalizowanej formie.

W innych częściach Europy, głównie południowej i zachodniej zwyczaj również się rozprzestrzenił (nie wiem jednak, czy przybył on z wysp, czy też utworzył się w sposób niezależny). Można napotkać także informacje jakoby rzymskie Luperkalia obchodzone 14. lutego były pierwowzorem dla Walentynek, jednak teoria ta ma tyluż zwolenników, ilu przeciwników.

A co w Polsce?

W Polskiej obrzędowości obchodzonej najczęściej w lutym, także pojawiały się zwyczaje łączenia kawalerów i panien w pary, głównie tych, co już wiek adekwatny do żeniaczki osiągnęli, a nie stanęli jeszcze na ślubnym kobiercu. O czym mowa? W ostatni tydzień karnawału, począwszy od Tłustego Czwartku, przez Sobotę, Kusy Wtorek (tzw. śledzik) aż do rozpoczęcia Wstępnej Środy (Środy Popielcowej), który to okres zwiemy Zapustami, Ostatkami, Mięsopustem, zaś w Wielkopolsce – Podkoziołkiem, ludność hucznie obchodziła swoje zwyczaje. Często były to zabawy w karczmach, przy muzyce i alkoholu, podczas których można było zauważyć ogromną ilość obrzędowych zabaw matrymonialnych. Niektóre z nich wychodziły poza ramy zwyczajnego łączenia ludzi w pary i stawiały nacisk na piętnowanie tych, co się nie pożenili w kończącym się roku. Wszystkie te zabawy miały na celu doprowadzić do połączenia się dwojga ludzi w parę i stworzenia nowego stadła, czyli dbały o zachowanie ładu i harmonii w ludzkich strukturach społeczeństwa. Czas Zapustów był jakby czasem sądnym dla młodych – ci, którzy tego sezonu ożenili się byli w charakterystyczny sposób uszanowani, natomiast ci, którzy nie wstąpili w związek małżeński – byli karani.

W dawniejszych czasach kobiety i mężczyźni bawili się osobno, a zabawy zapustne nierzadko odbywały się pod przywództwem kobiet. Na terenie południowej i zachodniej Polski popularną zabawą zamężnych kobiet był tzw. babski comber. Jego historia sięga krakowskich jarmarków podczas których kobiety urządzały pochód przez miasto, goniąc i łapiąc przy tym mężczyzn, od których później żądano wykupu, a przystojniejszych puszczano wolno jedynie za cenę buziaka. Zaś tych mniej urodziwych, biedniejszych lub po prostu niesympatycznych wiązano, przywiązywano do kłody drewna, szturchano, itp. Zabawa taka bywało, że trwała kilka dni.

Na innych obszarach comber był zwyczajem kiedy to urządzano młodym mężatkom tak zwany „wkup do bab”. Młode mężatki były wywoływane z chat i przywiązywane do kłody drewna i zmuszane do jej ciągnięcia w drodze z domu do karczmy, bądź też przewożone na zgrzeble, czasami na wozie w pochodzie mężatek wymachujących narzędziami rolniczymi. Młoda mężatka w takiej sytuacji musiała wykupić się alkoholem darując go starszym stażem mężatkom, po czym po przybyciu mężczyzn do karczmy, świeżo poślubieni mężowie musieli w ten sam sposób wykupić swoje żony. Dopiero po takich zabiegach, nowo poślubieni byli pełnoprawnie włączani do społeczności ludzi zamężnych/żonatych i czyniono im honory i uszanowania.

W czas zabaw zapustnych nad kawalerami czyniono sądy, wypytując o powody pozostania w stanie wolnym, a tych, którzy się nie pożenili, czekała kara. Chłopcom nakładano słomiane wieńce jako znak „starokawalerstwa”. Słoma miała w tym przypadku także aspekt kreujący płodność, więc nałożenie takiego wieńca miało pomóc kawalerowi znaleźć sobie partnerkę w nadchodzącym roku. Dziewczęta zaś przywiązywano do kłody i kazano ciągnąć ją po izbie. Po karach następowało łączenie w pary – robiły to albo zamężne kobiety albo sami młodzi. Kawaler, gdy chciał zatańczyć z wybraną przez siebie dziewczyną, musiał zamówić płatny taniec u muzykantów i jednocześnie wykupić wybrankę z grona kobiet. Dziewczyna zaś mogła wybrać sobie kawalera według swojej woli i ten, w ten konkretny wieczór, nie miał mocy jej odmówić.

Ciekawym zwyczajem był też tzw. podkoziołek, odprawiany w centralnych częściach Polski. Kukłę przedstawiającą kozła z rogami a czasem także i fallusem, obwożono po wsi na kole. Kawalerowie, prowadząc podkoziołka przed sobą zatrzymywali się przed domem panien i wyciągali je z chat do karczmy. Tam stawiano figurkę kozła w głównym punkcie izby, a panny musiały się wykupić, składając pod figurką pieniądze, co było jednocześnie opłatą dla muzykantów. Kukłę kozy czasami zastępowało przystrojone drzewko, a czasami wycięta z ziemniaków figurka chłopca.

Figurka przedstawiająca chłopca bądź młodego mężczyznę odgrywała główną rolę również w ukraińskich zwyczajach zapustnych. Zwano ją Kolodij i przedstawiała ona chłopca przechodzącego kolejno przez fazy swojego życia. W poniedziałek świętowano jego narodzenie, we wtorek chrzciny, w piątek – pogrzeb, a w sobotę wspominki. Obchodzono z kukłą wieś przez kilka dni Masliany (czyli Zapustów), zbierając datki na różne związane z ze świętowaniem okazje. W środę i czwartek odbywało się karanie niepożenionych młodych. Nieżonatym chłopcom przywiązywano do ręki kawałek drewna jako znak stanu wolnego. Podczas późniejszych zabaw w karczmie to dziewczęta niezamężne przywiązywały klocek do rąk tych chłopców, których sobie upatrzyły, a chłopcy mieli wtenczas obowiązek zapłacić muzykantom za taniec dla nich. W piątek urządzano pogrzeb Kolodija (co swoją drogą jest kolejnym przykładem rytualnego uśmiercania). W niektórych źródłach ukraińskich możemy znaleźć informację opisującą Kolodija jako słowiańskiego boga miłości i zaślubin, jednak jest to niepewna teoria.

Patrząc na większość zwyczajów w różnych regionach, Zapusty można określić przede wszystkim jako święto kobiece i to kobiety odgrywały w nim główne role. One głównie wybierały sobie mężczyzn, karały, żądały wykupu (a gdy go nie dostawały – one spuszczały mały „łomot” delikwentom), czy w przypadku mężatek – dobierały młodych w pary. Wszystkie czynności były jednak wykonywane w atmosferze zabawy, a do faktycznej przemocy nie dochodziło, gdyż celem zwyczajów było społeczne napiętnowanie niepożądanego zachowania, a nie faktyczna kara fizyczna.

W krajach słowiańskich, podobnie jak na Wyspach Brytyjskich, zachowały się wierzenia dotyczące łączenia się ptaków w pary w okresie przedwiośnia, w okolicach rozpoczęcia Wielkiego Postu. Na wschodniej słowiańszczyźnie po okresie karnawału zaczynano śpiewać pieśni przywołujące wiosnę, tzw. Wiesnianki, w których przejawiał się motyw powracających ptaków z wyraju, otwierających kluczem czy skrzydłem latko, ale też wijących sobie gniazdko i szukających pary. Nic dziwnego, przylot ptaków oznaczał rozpoczęcie okresu wiosennego i nadejście ciepłych Drugą grupą pieśni wschodnich, śpiewanych już nieco później, bo najczęściej w okresie Wielkanocy lub tuż przed nią, były tzw. Haiwki, czyli zalotne zabawy młodzieży, podczas których młodzież dobierała się w pary (w sumie podobnie jak w polskich pieśniach kupalnych, jednak działo się to wczesną wiosną). W Polsce, choć głównie na wschodzie, również istniał zwyczaj zalotnego kolędowania pod oknami dziewcząt w okresie Wielkanocnym.

To jak z tym świętem zakochanych u nas?

To w takim razie jaki okres możemy oznaczyć u nas etykietą święta miłości? Czy będzie to okres późnej zimy, okres wiosenny, czy też Noc Kupały? Ja tu widzę dwie troszkę różne sprawy. W okresie zapustnym i po nim, w wiosennych obrzędowych zabawach, w śpiewanych wiesniankach, haiwkach i konopielkach mamy motywy łączenia się w pary. Kusi mnie aż by ukazać tu pewną analogię (nietradycyjną analogię, zapewne) z jedną z nazw lutowego święta Ofiarowania Pańskiego (2.02) – Dzień Spotkania (Den’ Striczennia) i jej ludowego rozumienia jako spotkania i ścierania się zimy i wiosny, ale też spotkania ognia i wody. No właśnie, SPOTKANIA. Tak samo, jak chłopak spotyka dziewczynę i ścierają się, sprawdzają dopasowanie, by finalnie zdecydować, czy chcą tworzyć parę czy nie. Po prostu jest to czas, gdy para się dopiero tworzy, czas zalotów.

Święto Kupały zaś jest świętem SPEŁNIENIA, gdzie te same żywioły już nie tylko spotykają się, ale i łączą ze sobą, przenikając się na wzajem. Mitologicznie, za obrzędowym przyzwoleniem odegrania mitu, pary mogły nawet dostąpić aktu seksualnego, najwyższego spełnienia i dopełnienia się dwojga ludzi, dwóch różnych biegunów. 

Więc tak, świętem zakochanych, ludzi będących w parach i tworzących związek, ich świętem miłości jest zdecydowanie Noc Kupały. Niemniej, okres lutowych i wczesnowiosennych zwyczajów ma umocowanie w polskiej tradycji jako okres łączenia się w pary, który posiada dokładnie to samo pochodzenie wierzeniowe, co pierwotne, tradycyjne zwyczaje walentynkowe, zanim zostały one skomercjalizowane. I pamiętajcie o tym, gdy kolejny raz będziecie chcieli wrzucić do sieci dziwnego mema…

error: Content is protected !!